O autorze
Tomek to postać fikcyjna. Opisane zdarzenia wydarzyły się naprawdę lub naprawdę mogły się wydarzyć. Wybór należy do Ciebie.

Natomiast, o ile rozpoznajesz siebie w którymś z bohaterów jego opowieści, lub co więcej zdaje Ci się, że znasz Tomka, to tylko twoje złudzenie.

Nie znajdziesz tutaj żadnych planów treningowych ani porad typu: jak biegać szybciej, jak złamać 40 na dyszkę, jak złamać trójkę na maratonie itd. Jednak Tomek postara się słowem przekazać przede wszystkim to, co czuje osoba, która biega i postara się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ludzie biegają?

Mój pierwszy maraton i ściana (dla tych co ukończyli i tych co nie mogli podjąć wyzwania)

Ustawiłem się na starcie, tak jak zakładałem dokładnie pośrodku strefy zielonej pomiędzy balonikiem 4:00 a 4:15. Staliśmy z Maćkiem, naiwnie zakładając, że będziemy stopniowo doganiać balonik numer 4:00. Psychicznie byłem gotowy, wiedziałem, że zrobiłem wszystko co nakazał trener w okresie przygotowawczym. Dobrze się prowadziłem jedzeniowo i alkoholowo przez ostatnie miesiące, więc nic sobie zarzucić nie mogłem. Wiedziałem tylko, że cel jest ambity i żaden kalkulator w oparciu o moje wyniki, nie daje mi szans na 4:00. Tym bardziej, że miałem świadomość, że moje kilkumiesięczne bieganie (od marca tego roku) to jest nic! Jednakże 30 km w progresie bez ściany w bardzo dobrym tempie i moja chora ambicja znów dała znać o sobie. Ale "no risk no fun".

Ruszyliśmy, biegło się luźno bez żadnego stresu. 1 km wolno bo dogonił nas balonik 4:15, więc było spokojnie, ale przyspieszyliśmy, bo tłum wokół balonika, był nieznośny. I tak się kontrolowaliśmy lekko przyspieszając prawie do 12 km. (Dla wtajemniczonych, tak już tutaj wyprzedziłem sąsiada :)) Na każdym punkcie kubek wody na głowę i kubek w siebie. Izotonik miałem ze sobą, więc ciągle go popijałem. Pierwszy posiłek i zbieg z mostu millenijnego. Zaraz za mostem stała moja żona z teściem i nastąpiła pierwsza wymiana butelek z izotonikami i tak będzie jeszcze dwa razy. Tak więc o ten element także zadbałem, ale to i tak było niewystarczające, jak się później okazało. >> Do 20 km mieliśmy średnią 5,46 km/min i to było zgodnie z planem tzn. mieliśmy stratę ok 1,5 – 2 minuty do stałej prędkości na 4:00, czyli 5,41 km/min. Niestety już tutaj poczułem, że słońce oraz wiejący w twarz wiatr w końcu mnie wykończy. Na legnickiej dołączył do nas na rowerze tato Maćka i podbudował nas mówiąc, że wyglądamy świeżo. Dało to kopa, ale tylko na chwilę. Jak zobaczyłem linię półmetka to troszkę przyspieszyłem, aby dotrzeć na zakładany czas. I w sumie to był koniec udanej części maratonu. Potem już było tylko gorzej. Ale po kolei.



Biegliśmy dalej tą długa prostą w nadziei, że potem coś się zmieni, ale niestety monotonia trasy nie pomagała w posuwaniu się do przodu, pomimo zwiększonego wysiłku utrzymywaliśmy tempo, ale tylko do 25 km. Potem pomimo jedzenia do 30 km mieliśmy już średnią 6,11 km/min, gdzieś tutaj powiedzieliśmy do siebie z Maćkiem, że o czwórce możemy pomarzyć. I tutaj nastąpiła seria głupich błędów niedoświadczonych w boju biegaczy. Gdzieś jeszcze tutaj spotkaliśmy Michała (trenera), który na słowa Maćka, że jest masakra, odpowiedział, żebyśmy się nie przejmowali, bo jego też zgięło. Po pierwsze Maciek nie zasygnalizował, że to jest już u niego koniec i nie powiedział z wyprzedzeniem, że on zostaje i będzie robił Gallowaya, po prostu mi to oznajmił. Ja zamiast z nim zostać pobiegłem dalej sam, walcząc z trasą, próbując nie tracić tempa. Średnio mi to wyszło, bo kolejne 5 km to już 6,31 km/min. A powinniśmy wcześniej zwolnić lub nawet razem robić Gallowaya już od 25 km zamiast dalej się katować. Po drugie mogliśmy wcześniej zwolnić do 6:00 km/min i odpoczywać około 5 km. To wydaje się z perspektywy czasu rozsądniejsze. Ale nic, wróćmy do mojej dalszej podróży w nieznane. Dobiegam do Aquariusa, widzę żonę, mówię do niej, że nie jest dobrze, ale walczę dalej. Mamy 35 km, przy Aquarisie na rogu po raz pierwszy staję przy wodzie (dotąd nigdy tego nie zrobiłem, piłem w biegu), wypijam 3 kubki wody leje głowę dwoma następnymi i postanawiam przyspieszyć. Tak naprawdę, tak myślałem, że to robię, ale to się wydarzyło tylko w mojej głowie. Gdzieś na wysokości Borówki postanawiam wyczyścić nos i że jest dużo kibiców oraz tak jakoś czysto na ulicach, zbiegam z trasy i wyrzucam chusteczkę do nosa do kosza ulicznego, naprawdę nie wiem, co ja sobie wtedy myślałem. Moja wiara, że moje tempo jest przyzwoite nijak się miała do rzeczywistości, ale biegłem dalej, minąłem plac Bema i tutaj zaczęła się prawdziwa przygoda.

Po zbiegnięciu z kostki zaczęła boleć mnie lewa noga pod kolanem, że nie mogłem biec, ale nie przestawałem, bo bałem się zatrzymać. Obserwując innych biegaczy, czyli pochód 1 majowy, bałem się po prostu zatrzymać. Ale rozsądek podpowiadał: sprawdź o co tej nodze chodzi, więc postanowiłem to zbadać przy punkcie z wodą, bo tam i tak się zatrzymam. I tak ten dystans zniechęcił nogę, ale to był sygnał następnej wiadomości. Po punkcie nawadniania postanowiłem znów przyspieszyć, ruszyłem do biegu ale po 10 metrach bieg stał się marszem. Sprawdzam tętno jest ok, nogi mnie nie bolą, nic mnie nie boli, a ciało nie chce biec, mam nawet wrażenie, że psychicznie nad tym panuje, ale jednak nie. Nie mogę biec i tyle…, no to idę… cóż począć i tak teraz kilkaset metrów biegu i kilkaset metrów spaceru, na więcej nie pozwala mi organizm, nic więcej mi nie dolega. Chcę, ale nie mogę. Piję ten izotonik, boję się jeść cukier i czekoladę, bo nie wiem, czy sobie nie pogorszę sytuacji, a meta już blisko. I tak do końca, niby kontroluję ciało, ale tak nie jest, posuwam się do przodu, ale to nie bieg, średnia od 35 km do 40 km to już 7,55 km/min i dwa ostanie kilometry takie same. Czas końcowy to 4:22 z sekundami, wbiegam na metę w równym żółwim tempie.

Ostanie 7 km maratonu to najdziwniejsze chwile w sporcie jakich doświadczyłem. Poczułem to, czego jak mi się zdaje, szukają w bieganiu ultramaratończycy, o których tak dużo ostatnio czytałem. Bieganie maratonu to zupełnie coś innego niż wygrywanie meczu, pojedynków z przeciwnikami jakich doświadczałem uprawiając inne sporty w młodości. Niby przegrałem ze ścianą, ale zdobyłem doświadczenie, które jest niezbędne, aby wygrać następny pojedynek. Następnym razem wierzę, że ją pokonam. Moim zdaniem dobry wynik w maratonie można osiągnąć tylko poprzez doskonałe przygotowanie, które i tak ostatecznie musi wiązać się z pokonaniem ściany, która i tak nadjedzie po 30 km.

Czy żałuję, że nie wystartowałem na 4:15? Absolutnie nie. Dla mnie wszystko powyżej 4:00 jest przegraną, przegraną w postaci nie osiągnięcia celu. Czy mam 4:22 czy 4:11 jest dla mnie bez znaczenia. Ważniejsze jest dla mnie, to że spróbowałem pokonać siebie, pokonać ścianę i odważyłem się pobiec na złamanie czwórki. Wiem, że zabrzmi to niewiarygodnie, ale nie mogę się znów na nią doczekać. Tylko że tym razem będę przygotowany i ją pokonam. Parafrazując Scotta Jurek – moją następną ścianę wypuszczę uszami i pobiegnę dalej utrzymując zakładane tempo, czego i Wam życzę przy okazji następnego maratonu.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...