O autorze
Tomek to postać fikcyjna. Opisane zdarzenia wydarzyły się naprawdę lub naprawdę mogły się wydarzyć. Wybór należy do Ciebie.

Natomiast, o ile rozpoznajesz siebie w którymś z bohaterów jego opowieści, lub co więcej zdaje Ci się, że znasz Tomka, to tylko twoje złudzenie.

Nie znajdziesz tutaj żadnych planów treningowych ani porad typu: jak biegać szybciej, jak złamać 40 na dyszkę, jak złamać trójkę na maratonie itd. Jednak Tomek postara się słowem przekazać przede wszystkim to, co czuje osoba, która biega i postara się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ludzie biegają?

Rywalizacja, ściganie się z innymi

Jeszcze rok temu bieganie wydawało mi się niebywale nudne i strasznie traktowałem je lekceważąco. Nie widziałem w tym sporcie elementu rywalizacji z przeciwnikiem, co według mnie jest niezbędne, aby jakąkolwiek aktywność określić mianem sportu. Nie widziałem tej satysfakcji z codziennego uprawiania biegania i namowy znajomych nie przynosiły skutku. Gdzie w tym bieganiu jest rywalizacja do cholery?!!!

Jak się jednak okazało można rywalizować na każdym poziomie sportowym w bieganiu, nie tylko z samym sobą, ale obierając za przeciwnika kolegę biegacza na podobnym poziomie lub nawet wyższym. Ja, niestety dla innych, ale stety dla siebie, posiadam taką cechę, że kocham rywalizować. Lubię rzucać wyzwania sobie i innym. Lubię zakładać nieosiągalne i potem to zdobywać. Nienawidzę przegrywać, ale umiem sobie z łatwością z przegraną poradzić, a co więcej, nic bardziej niż przegrana nie motywuje mnie do dalszego wysiłku. Lubię oczywiście wygrywać, bo nic nie smakuje lepiej niż zwycięstwo.



I tak obecnie nakręcam siebie, wyznaczając sobie nieosiągalne - wydawałoby się jeszcze rok temu – cele. Nakręcam kolegów biegaczy wyznaczając nam wspólne cele łamania czasów, które jeszcze niedawno wydawały się nieosiągalne. Przede wszystkim jednak rzucam im krótkotrwałe wyzwania od jednych zawodów do następnych, doprowadzając ich często do szału lub też do lekceważącego poklepywania mnie po ramieniu. Jednakże w dniu startu nawet ci najbardziej oporni spinają się i chcą mnie pokonać, bo wkurza ich ten kogucik, który ciągle podskakuje i zakłóca rekreacyjną lekkość bytu w bieganiu, którą niektórzy wypracowywali latami.

Oczywiście nie zamierzam moich przeciwników biegowych przepraszać za moje nadskakiwanie, bo zawsze z góry uprzedzam, że taki będę. Zawsze mogą powiedzieć „dość!”, to przestanę, ale jeszcze się nie zdarzyło. Ale umówmy się, jaki mężczyzna powie „dość” wyzwaniu rzuconemu mu prosto w twarz. I tak tym sposobem staję się katem dla siebie i innych.

W poszukiwania nowych pól rywalizacji i nowych wyzwań już niedługo zapisujemy się w kilka osób na nasz pierwszy ultramaraton górski. Na razie bez określania limitów czasowych. Ale co będzie dalej, tego nawet ja nie wiem, ale z pewnością kogoś wyzwę na pojedynek oprócz gór, które i tak będę musiał pokonać.
Trwa ładowanie komentarzy...